STRONA GŁÓWNA | WITAMY | KONIE MAŁOPOLSKIE | PSY | KRESOWE KLIMATY | OFERTA STADNINY
GALERIA FOTO |  KRESOWY ZAGOŃCZYK DONOSI |  OGNIEM I MIECHEM                                                                                          
Ogniem i Miechem


Jako, że od naszego kowala, Jacka Styrny, dociera do nas wiele arcyciekawych zdjęć, postanowiliśmy złożyć z nich ilustrowaną historyjkę, inspirowaną "Trylogią" H.Sienkiewicza. Podkreślając fakt, iż główną rolę zawsze odgrywa kowal, dzieło szumnie zatytułowaliśmy "Ogniem i Miechem".





Zapraszamy na drugą odsłonę kolejnego tomu "Ogniem i Miechem".

Winieta – Rafał Walendowski (www.rafalwalendowski.com)
Zdjęcia – Artur Pol. 
Cyfrowa obróbka fotograficzna – Studio POLART – Artur Pol.
Scenariusz – Babka Onegdajka.
Reżyseria – Kresowy Zagończyk, II Reżyser – Artur Pol.

Jako człek szlachetny, wnet wysłał pan Styrna pismo do Londynu, w którym wszystko Bohunowi wyłuszczył. Na wstępie wybaczył mu podstęp z kniaziówną, na końcu zaś szczegółowo objaśnił nowe zasady rozdziału kobylich dotacji i oznajmił, że stado jego pod książęcą kuratelą się znalazło. 

Bohun otrzymawszy pismo, jak wilk zawył ze złości, a gdy już duszę piwem ukoił i utratę dotacji wreszcie przebolał, okrutną zemstą wobec Koniuszego zapałał i list do księcia natychmiast pisać zaczął. Prosił w nim, by w zamian za darowanie najlepszej klaczy, książę pomścił go, na koniuszego sromotną hańbę niezwłocznie zsyłając. Bolał, że sam uczynić tego nie może, gdyż w Londynie ważkie sprawy go trzymają, od których życie zależy.
Wiedzieć warto, iż prosta kozacka Bohunowa dusza jednako pragnęła mołojeckiej sławy dla siebie co hańby dla nieprzyjaciół, przeto w pohańbieniu Koniuszego widziała swe ukojenie.  

Książę, jako człek na konie wielce łasy, a Koniuszemu bardzo niechętny, przyjął Bohunową propozycję z radością. Aby stosowną hańbę obmyślić, postanowił  zasięgnąć  rady u swych najlepszych żołnierzy. Najpierw udał się do zbrojowni, gdzie miał nadzieję pana Dudka napotkać.

Dudek wysłuchawszy księcia, radę znalazł natychmiast. Ująwszy swój pułkownikowski buzdygan za pióra, raz po raz w niecne ruchy go wprawiał, bezwstydnie tu i tam przytykał go sobie, aż wreszcie oznajmił radośnie, iż najlepszą karą będzie Koniuszego siostry pohańbienie.
A była to dziewka całkiem nielicha, choć nie tyle piękna, co sakramencko zgrabna. Koniuszy strzegł jej jak oka w głowie, bowiem owa niewiasta za hetmańskiego syna wyjść wkrótce miała, co wielkie korzyści wróżyło.
Dudkowy pomysł wydał się księciu całkiem niegłupi, gotów był nawet osobiście pohańbienia dokonać, ale odpuścił w końcu, nie chcąc się wikłać w tak śliskie tematy.

Mrok już zapadał, gdy oznajmiono, iż pan Brzozowski na zamek przybył. Jako, że kniaź zwlekać nie zamierzał, natychmiast się udał do jego kwatery.  
Lepszego praktyka niż pan Brzozowski  próżno by szukać w całej Koronie. Był to niesłychanie dzielny zagończyk, który stanicą w Polskim Horyszowie komenderował  i wraz z ciotecznym bratem, niejakim Zydorem Luśnią, na Dzikich Polach zwiady czynił, Tatarów bijał, a z braku Ordyńców kupy swawolne do cna wyduszał, śladu żadnego w stepie nie zostawiając. 
Za sprawą  rzeczonego pociotka pan Brzozowski trudną sztukę palowania posiadł i do grona najlepszych mistrzów tego osobliwego fachu należał. 
Wysłuchawszy księcia, szczerze duszę otworzył, pal proponując od razu. Wychwalał jego zalety, twierdząc, że dotkliwszej hańby na świecie nie ma, poczym powiódł swym dzikim wzrokiem po ostrzu drąga i jął dopieszczać je swym kindżałem.
  – Nie byle gdzie wchodzić będzie, przeto nie byle jaki być musi… – rozczulał się nad drzewcem.

Książę aż wzdrygnął się na widok końcówki badyla, ale pomysłu nie kupił... Wnet wyszedł, kierując swe kroki do zamkowej karczmy, gdzie, mimo późnej pory, z panem Zagłobą pomówić zamierzał.
Lecz pan Zagłoba w innym już świecie przebywał… Kiwał się nad stołem, twierdząc, że go anieli kołyszą  i, że przeszkadzać im nie wolno, bo to grzech śmiertelny.  
Na odczepnego poradził księciu, by Koniuszego, na krakowskim rynku, w dzień targowy, gołego z karety wyrzucić…

Nikt księciu dobrej rady udzielić nie zdołał. A chciał on rozegrać sprawę po rycersku, z honorem, ale też tak, by rozlewu bratniej krwi uniknąć.  
W końcu, magnackim geniuszem tknięty, obmyślił, że Koniuszego w publicznym miejscu solidnie spłazować należy, co kodeks rycerski jawnie dopuszczał. Być płazowanym to dla szlachcica hańba wielka, a być płazującym żaden dyshonor, duma nawet.
By w cieniu sprawy pozostać, uknuł książę, że Koniuszego spłazują szlachetnie urodzeni najemnicy, spod prawa wyjęci. Wybór od razu padł na Czterech Pancernych, gdyż w całej Rzeczpospolitej lepszych ludzi do tej roboty nie było.
- I tak wszystko będzie na Bohuna. – pomyślał sprytny książę, a nazajutrz wysłał pacholika, by owych rycerzy odnalazł i sekretne listy im wręczył.

Koniec częsci 2 tomu II