STRONA GŁÓWNA | WITAMY | KONIE MAŁOPOLSKIE | PSY | KRESOWE KLIMATY | OFERTA STADNINY
GALERIA FOTO |  KRESOWY ZAGOŃCZYK DONOSI |  OGNIEM I MIECHEM                                                                                          
Ogniem i Miechem


Jako, że od naszego kowala, Jacka Styrny, dociera do nas wiele arcyciekawych zdjęć, postanowiliśmy złożyć z nich ilustrowaną historyjkę, inspirowaną "Trylogią" H.Sienkiewicza. Podkreślając fakt, iż główną rolę zawsze odgrywa kowal, dzieło szumnie zatytułowaliśmy "Ogniem i Miechem".





Zapraszamy na trzeci odcinek II tomu "Ogniem i Miechem".

Winieta – Rafał Walendowski (www.rafalwalendowski.com)
Zdjęcia – Agnieszka Marcyniuk (1), Hanna Michałkiewicz (3), Artur Pol (2,4). 
Cyfrowa obróbka fotograficzna – Studio POLART – Artur Pol.
Scenariusz – Babka Onegdajka.
Reżyseria – Kresowy Zagończyk, II Reżyser – Artur Pol.


Czterema Pancernymi okrzyknięto w Rzeczpospolitej czterech towarzyszy, którzy w hetmańskiej chorągwi pancernej służąc, nieśmiertelną sławę w pamiętnej szarży pod Komarowem zyskali. Z całej chorągwi jeno ich czterech wtedy zostało, ale z moskiewskiej jazdy żywa noga  z bitwy nie uszła.
Po carskich wojnach rozeszli się towarzysze, ale od czasu do czasu przyjmowali rozmaite intratne zlecenia i bili kogo potrzeba, sądów żadnych się nie bojąc, gdyż sejm koronny za męstwo na polu chwały immunitet dozgonny im przyznał.
Łatwo było rozpoznać owych rycerzy, gdyż jako jedyni w Rzeczpospolitej ryngraf Kodeńskiej Madonny na zbrojach nosili. 
     
Książęcy pacholik miał wiele szczęścia, gdyż jednego z nich na Zamojskim Trakcie już spotkał.
A był nim pan Michał Czarnecki, przesławny harcownik, o którym po całej Rusi pieśni śpiewano, Pancernym Miszką go zowiąc. Jego sława brzegów Morza Czarnego sięgała, siejąc strach po tatarskich ułusach i haremach dostojnych murzów.

Rycerz zlecenia jednak nie przyjął, tłumacząc, że do Kamieńca właśnie zmierza, skąd tureckie ogiery dla pewnego szlachcica ma przyprowadzić.    

Ruszył więc pacholik ku Miączynowi, mając nadzieję, że pana Kordalskiego tam spotka.
Kordalski na obcych wilkiem zawsze patrzył, a że ród jego z krzyżacko-polskiego pogranicza się wywodził, przeto okoliczna szlachta Pruskim Wilkiem go zwała. I rzeczywiście ów jegomość żył z fantazją, po rusku, gospodarzył zaś po prusku, trzymając niesamowity ordnung zwłaszcza w stajni.
Panu Kordalskiemu imię dawnego pradziada na chrzcie dano, którym był Krzyśko z Jezior, mazowiecki rycerz, co na Poborzu siedział i krzyżackie rejzy w zarodku gasił.         
Złośliwi twierdzili, iż te jeziora z krwią przodków wniesione oraz przewiewna kolczuga sprawiały, że Kordalski wilka często łapał i właśnie dlatego Wilkiem Pruskim był zwany.
Czego by tu o wilkach nie mówić, zawsze one dzikie były, przeto i pana Kordalskiego do dzikich zaliczano. A będąc dzikim, dziko on ludzi miłował, a najchętniej ich po prostu unikał.                        

Pruski Wilk rzekł pacholikowi, że wyjątkowo późne wyźrebienia ma tego roku i póki ich kres nie nastąpi, choćby i dusza jęczeć miała, zlecenia żadnego przyjąć nie może. 

Pognał tedy pacholik do majątku Artura Pola, rycerza Żelaznym Mohortem zwanego.
Miał on klacz bardzo zacną, od atamana dońskich Kozaków drogo kupioną, w której mnóstwo krwi perskiej płynęło. Owa Dunia tak była wyjeżdżona, że gdy skokiem szła w szeregu można było cugle puszczać, a ona o pół chrapów nigdy się nie wysunęła. Nieraz bywało, że w jednej ręce miał Mohort szablę, w drugiej zaś pistolet, a kobyła dalej w linii leciała. Gdy szereg zawracał, tedy i ona zawracała. Lecz największym dziwem to u niej było, że na wszelakie pisma takim okiem zawsze patrzyła, jakby je kobylim rozumem pojąć umiała!       

Dosiadając Duni, Mohort żadnej wojny się nie lękał, jednak i on książęcego zlecenia nie przyjął , gdyż biskup nader ciężką pokutą go przygniótł. Aż do Bożego Ciała nie mógł on szabli dotykać, ni nawet pochwy ruszać, mając nakazane rozmaite święte przybytki (piechotą!) nawiedzać i codzienne modły tam czynić. 
            
Ostatnią deską ratunku był pan Zbigniew Studziński, mocarz wielki, niedźwiedzią siłą obdarzony, ale człek na ogół bardzo łagodny.
Ród jego w majątku Studzianki miał swe korzenie, co je później, na cześć formacji, w której pan Zbigniew służył, Studziankami Pancernymi zwać zaczęto. 
Pana Studzińskiego często Starocerkiewnosłowiańskim przezywano, gdyż pewien mnich prawosławny oblicza jego użył, ikonę św. Cyryla pisząc. Kilka lat później, zdarzyło się, że  pan Zbigniew Warężowi, co go Tatarzy oblegali, z odsieczą przyszedł i wrogów okrutnie pobił. Wówczas to miejscowe mniszki rozpoznały w nim świętego Cyryla, który u nich w klasztornej kaplicy wisiał. Będąc victorią i zacnym miodem upojony, nie miał ów rycerz siły, by nawiedzone niewiasty z błędu wyprowadzać. Mało tego, wyznał przeoryszy, iż rzeczywiście jest świętym Cyrylem, i że z nieba przyszedł, by słowiańszczyznę przed półksiężycem ratować. Całe zamieszanie dopiero biskup wyjaśnił, ale nim do tego doszło, wiele rajskich rozkoszy pan Zbigniew zażył… 

Książęcy pacholik pana Studzińskiego bez trudu odnalazł, lecz na fatalny humor jego trafił. Rycerz przeczytawszy pismo, uniósł się srodze, gońca w diabły odesłał, strasząc psem na odjezdne. 


Koniec części III tomu II