STRONA GŁÓWNA | WITAMY | KONIE MAŁOPOLSKIE | PSY | KRESOWE KLIMATY | OFERTA STADNINY
GALERIA FOTO |  KRESOWY ZAGOŃCZYK DONOSI |  OGNIEM I MIECHEM                                                                                          
Ogniem i Miechem


Jako, że od naszego kowala, Jacka Styrny, dociera do nas wiele arcyciekawych zdjęć, postanowiliśmy złożyć z nich ilustrowaną historyjkę, inspirowaną "Trylogią" H.Sienkiewicza. Podkreślając fakt, iż główną rolę zawsze odgrywa kowal, dzieło szumnie zatytułowaliśmy "Ogniem i Miechem".





Zapraszamy na I odcinek III tomu "Ogniem i Miechem".

Winieta – Rafał Walendowski (www.rafalwalendowski.com)
Zdjęcia – Artur Pol.
Cyfrowa obróbka fotograficzna – Studio POLART – Artur Pol.
Scenariusz – Babka Onegdajka.
Reżyseria – Kresowy Zagończyk, II Reżyser – Artur Pol.

 

–  Sławny pułkowniczek pan Dudek myślał, że wszystkich wystrychnie, a tymczasem mam cię w ręku i ci brzuszek przypiekę... – delektował się Koniuszy.
–  Rakarz! – mruknął Dudek. 
–  Tak… Brzuszek przypiekę... Nie za wiele od razu, najpierw z lekka, mamy czas…
– Rakarz! – powtórzył Dudek.

– Panny ci się zachciało? – spochmurniał Koniuszy. – Brać ją na dzikość chciałeś?... A może ty byś wolał, panie pułkowniczku, bym ja ci ową dzikość zamiast brzucha przypalił, co?...
– Rakarz!
– A to poznajesz, rycerzyku? – ukazał Dudkowi hydrauliczną żabę ormiańskiej roboty.
– Żaba jak żaba – uznał pułkownik.
– Łabuniecką ma sygnaturę, jako i ty żołnierzyku. A jeśli jej dotąd nie masz, to ci ją zaraz na dupie wypalę!!! –ryknął wściekle. 

– A może ze mną pierwej spróbujesz? – zabrzmiał głos w ciemności, poczym wyrósł przed Koniuszym jakiś człek ze stali. – Mógłbym cię wieprzu z pistoletu kropnąć, ale kuli mi szkoda… – dodał nieznajomy.

– A tyś co za jeden? –  rzekł hardo Koniuszy, choć na widok przybysza zmieszał się nieco.
– Jam jest Cyryl święty, którego niebiosa zesłały, by cię, wieprzu, nawrócić.
– Nie nazywałbyś mnie wieprzem, gdybym szablę miał w ręku zamiast tej żaby.

Święty Cyryl widząc, że jacyś ludzie całą kupą z mroku wyłażą, zbędnej gadki poniechał, skoczył ku Koniuszemu, jedną ręką za czuprynę chwycił, drugą zaś kindżał do szyi przystawił.

– Każ go rozwiązać – z wielkim spokojem rzekł pan Studziński, towarzysz pancerny za świętego Cyryla się podający.    
– Nie może to być! – desperacko syknął Koniuszy.
– Może... I będzie… – mówiąc to, ostrze silniej przyłożył, a nawet z lekka jeździć nim zaczął.
– Stawaj do sprawiedliwej walki, położysz mnie, to precz pójdziecie... –  znów syknął Koniuszy.
– Parol dajesz, że jeśli cię w boju pokonam, wolno nam będzie bez żadnej przeszkody zamek opuścić i żadna pogoń za nami nie ruszy?! – gromko ozwał się Studziński, tak by go wszyscy usłyszeć mogli. 
– Masz moje szlacheckie słowo… 


Koniec części I tomu III