STRONA GŁÓWNA | WITAMY | KONIE MAŁOPOLSKIE | PSY | KRESOWE KLIMATY | OFERTA STADNINY
GALERIA FOTO |  KRESOWY ZAGOŃCZYK DONOSI |  OGNIEM I MIECHEM                                                                                          
Ogniem i Miechem


Jako, że od naszego kowala, Jacka Styrny, dociera do nas wiele arcyciekawych zdjęć, postanowiliśmy złożyć z nich ilustrowaną historyjkę, inspirowaną "Trylogią" H.Sienkiewicza. Podkreślając fakt, iż główną rolę zawsze odgrywa kowal, dzieło szumnie zatytułowaliśmy "Ogniem i Miechem".





Zapraszamy na II odsłonę III tomu ilustrowanej powiastki pt. "Ogniem i Miechem".

Winieta  – Rafał Walendowski (www.rafalwalendowski.com)
Zdjęcia – Artur Pol.
Cyfrowa obróbka fotograficzna   – Studio POLART – Artur Pol.
Scenariusz – Babka Onegdajka.
Reżyseria – Kresowy Zagończyk, II Reżyser – Artur Pol.

Przez dłuższy czas tkwili nieruchomo naprzeciw siebie, aż wreszcie Studziński wykonał pierwszy ruch. Uderzył dość delikatnie, bardziej badawczo niźli bojowo, jakby swej sile do końca nie ufał. Leniwie wymienili kilka następnych uderzeń, poczym walka rozgorzała na całego. Koniuszy zaatakował z tak wielką furią, że pana Zbigniewa prędko do muru przyparł i jakoby w ciasnej pułapce zamknął. Stalowy mocarz sprytnie ataki odpierał, ale zdało się, że ostatkiem sił to czyni i lada chwila ulegnie. Pobladł bardzo, zimny pot go zrosił, ale wciąż trwał i poddawać się nie zamierzał. Tymczasem Koniuszego taki zapał bitewny ogarnął, taki żar go oblał, że czerwony był cały i mlaskać zaczął niczym odyniec – morderca, który zagładę wroga przeczuwa i jego śmiercią się bawi. Aż w końcu ruszył zuchwale, by dobić na amen! Po tym ataku  pan Zbigniew nagle się zarumienił, oczy szeroko otworzył, poczym spojrzał na Koniuszego i uśmiechnął się z lekka.
Atakujący hetman, królówką niekiedy zwany, w polu działania wrażego skoczka nieroztropnie stanął, a wtedy pan Studziński, nie wahając się ni chwili, zabił go natychmiast! 
– Nie może to być !!! – wrzasnął Koniuszy.
– Może, bo jest! – usłyszał w odpowiedzi.
Studzińskiego już wielekroć  ratował z opresji potężny rumak jego, ale tym razem ocalenie przyniósł koń, który z łatwością mieścił mu się w dłoń!!!

Ubiwszy hetmana, pan Zbigniew odżył. Najpierw zamknięte wieże do gry wprowadził, czym wielką przewagę w polu osiągnął, potem wrogiego króla w kozi róg zagnał i okrutnie szachować go zaczął. Osaczony monarcha bił się jak lew, ale mata uniknąć nie zdołał. A zadał go ten sam zabójczy koń, co pierwej hetmana usiekł.             
Koniuszy szoku doznał! Rany na głowie mu się otwarły, jasna krew go zalała, aż naraz omdlał.

Nim Koniuszy się ocknął, pan Studziński wraz z Dudkiem daleko już byli. Nie szczędząc koni, mknęli ku Wiśle, by jak najprędzej rzekę przekroczyć i w leśnej otchłani się schować. Obaj bowiem doskonale wiedzieli, iż Koniuszy to człek niepewny, który w imię swego honoru gotów był go utracić. Przeto woleli z dzikością Sandomierskiej Puszczy się zmierzyć, niźli głównym szlakiem wędrować, gdzie  pogoń z łatwością dojść by ich mogła.
Po całodziennym, bardzo forsownym marszu, kiedy sporo już drogi odludnym borem zrobili, wreszcie zjechali z leśnego duktu, aby jakąś ustronną polanę znaleźć i tam na nocleg stanąć.

Ciemno już było, gdy zdrożone koniska poobrządzali. W końcu jednak przy ogniu siedli i rozmowę zaczęli.   


Koniec części II tomu III