STRONA GŁÓWNA | WITAMY | KONIE MAŁOPOLSKIE | PSY | KRESOWE KLIMATY | OFERTA STADNINY
GALERIA FOTO |  KRESOWY ZAGOŃCZYK DONOSI |  OGNIEM I MIECHEM                                                                                          
Ogniem i Miechem


Jako, że od naszego kowala, Jacka Styrny, dociera do nas wiele arcyciekawych zdjęć, postanowiliśmy złożyć z nich ilustrowaną historyjkę, inspirowaną "Trylogią" H.Sienkiewicza. Podkreślając fakt, iż główną rolę zawsze odgrywa kowal, dzieło szumnie zatytułowaliśmy "Ogniem i Miechem".





Zapraszamy na kolejną odsłonę "Ogniem i Miechem."

Winieta oraz grafiki – Rafał Walendowski (www.rafalwalendowski.com)
Zdjęcia – Artur Pol.
Cyfrowa obróbka fotograficzna – Studio POLART – Artur Pol.
Scenariusz – Babka Onegdajka.
Reżyseria – Kresowy Zagończyk, II Reżyser – Artur Pol.


– Wstawaj!... Wstawaj! – dobiegł pana Dudka jakiś głos natarczywy, którego z początku rozeznać nie mógł, choć mu się całkiem znajomy wydawał.  – Wstawaj – usłyszał ponownie, tuż ponad głową, i z wolna powieki otwierać zaczął, poczym spojrzał leniwie ku górze, a na widok niespodziewany i straszny, zerwał się nagle jak poparzony.

– Panie Zbigniewie! Kochany panie Zbigniewie!!! – zawołał półprzytomny pułkownik.
– Cicho, bo nas ktoś usłyszy – mruknął Studziński.
Szczęście wielkie pana Dudka ogarnęło, gdy miast Koniuszego anioła stróża swego w widziadle rozpoznał. Właściwie, nie jeden anioł mu się objawił, lecz chór cały, a wszystkie te anioły jakieś niewyraźne były.

– Coś ze mną licho – wyjawił.
– Mówiłem  ci, panie Dudek, że „Husaria” to trunek  dla orłów, a tu wokół ciebie pawie jakoweś widzę …
– Sam żeś waszmość w nocy charczał jakoby bestia – bronił się pułkownik.
– To zmora była...
– A, jak zmora, to zwracam honor.
– Ty mi tu niczego nie zwracaj! Śniadać zamierzam… 
– No, dobra, cicho już o tym… A często ta zmora cię dusi?
– Mnie żadna zmora nie dusi… To ja zmorę duszę.
– I tak po prostu daje się dusić? – dociekał Dudek.
– Następnej nocy ci ją podeślę, wtedy obaczysz…  

Jako, że konie mocno pomęczone były, a miejsce na spoczynek wydawało się doskonałe, postanowili ruszyć dopiero nocą. Pułkownik Dudek wielce się uradował takim obrotem sprawy. W cień uszedł i cały dzionek jakoby z diabła skóra przeleżał.
O zmroku okulbaczyli konie i wróciwszy na dukt, powędrowali ku wschodowi, uprzyjemniając sobie podróż gadaniem na rozmaite tematy.     
– Zdarzyło się kiedyś w Sandomierzu, że pewna niewiasta za sprawą swego męża-nieboszczyka brzemienną się stała. Głośna to była historia i pewnie waszmość o niej słyszałeś – prawił pan Zbigniew.
– Słyszeć, słyszałem… – odpowiedział pułkownik Dudek.
– Imaginuj sobie waszmość, że dziewczynkę, co na świat z tego związku przyszła, ludzie w lasy wywieźli, na pastwę losu skazując… Myśleli wszyscy, że pomarła i wnet o niej zapomnieli, ale gdy po latach jakoweś bestyjki w Sandomierskiej Puszczy się pojawiły, sprawa na nowo odżyła. Powiadają, że wampierz ją zratował, z którym później jakoby z mężem żyła, liczne potomstwo płodząc. Same dziewki podobno… Po lasach się toto włóczy i nawet za dnia ludzi niewinnych dręczy. 
– Strzygi? – bez żadnych emocji zapytał Dudek.
– Strzygi… – odparł pan Zbigniew z wielką powagą i wyczuwalnym respektem w głosie.

– Ze strzygą to jeszcze do czynienia nie miałem – rzekł pułkownik. – Choć podczas szwedzkich wojen trafiła mi się zdobyczna Inuitka, całkiem nielicha nawet. Dzikie to było, ale sakramencko rozkoszne. Mniemam, że i strzygi  podobne być muszą. 
– Zaiste prawdę powiadasz... Rozkosz z nimi gwarantowana, ale wszystko niestety kosztuje i biada temu, kto się pokusi. Wielka biada… Strzygi, panie, to diabelsko przebiegłe stworzenia. Ponoć w ludzkich myślach czytać umieją, a jak trzeba, postać sowy z łatwością przyjmują. Biada temu, kto się pokusi… Oj, biada. 


Koniec części IV tomu III