STRONA GŁÓWNA | WITAMY | KONIE MAŁOPOLSKIE | PSY | KRESOWE KLIMATY | OFERTA STADNINY
GALERIA FOTO |  KRESOWY ZAGOŃCZYK DONOSI |  OGNIEM I MIECHEM                                                                                          
Ogniem i Miechem


Jako, że od naszego kowala, Jacka Styrny, dociera do nas wiele arcyciekawych zdjęć, postanowiliśmy złożyć z nich ilustrowaną historyjkę, inspirowaną "Trylogią" H.Sienkiewicza. Podkreślając fakt, iż główną rolę zawsze odgrywa kowal, dzieło szumnie zatytułowaliśmy "Ogniem i Miechem".





Zapraszamy na "Szopkę", czyli ostatni odcinek III tomu ilustrowanej powiastki "Ogniem i Miechem."

Winieta – Rafał Walendowski (www.rafalwalendowski.com)
Zdjęcia – Artur Pol.
Cyfrowa obróbka fotograficzna – Studio POLART – Artur Pol.
Scenariusz – Babka Onegdajka.
Reżyseria – Kresowy Zagończyk, II Reżyser – Artur Pol.


Z powodu wielkich upałów wędrowali już tylko nocami. Sprawnie przeprawili się przez Rabę, Dunajec oraz Wisłokę i po trzech dniach dotarli do krainy nieco mniej dzikiej, gdzie czuć już było bliskość sadyb ludzkich. Wąski dukt stał się szerszy i bardziej ubity, od czasu do czasu szczekanie psów dochodziło z oddali. 
Świtało już, gdy dla bezpieczeństwa z drogi zeszli i dogodnego miejsca na popas szukać po lesie zaczęli. Nagle pośród gęstwiny jakąś szopę dostrzegli. Ponury budynek z dawna opuszczony się zdawał, ale schronienie stanowił całkiem nieliche, więc z chęcią się tam zatrzymali.  

Po parnym dniu ciemne chmury zaczęły niebo przykrywać. Wiatr całkiem zamilkł, powietrze gęste się stało, niosąc bicie dzwonów dalekie i odległych gromów echo. Od zachodu szła burza. Jako, że nierozsądne było w podróż wyruszać, wprowadzili konie do szopy i postanowili czekać.
I doczekali się wreszcie... Żywioł uderzył z tak wielką mocą, jakby chciał całą puszczę w drzazgi rozerwać. Na ziemię huczne strugi potopu lunęły, a wraz nimi liczne żądła piorunów z trzaskiem spadać zaczęły.    
Wtem błyskawica wielką jasnością szopę spowiła i Dudek jakąś gębę w oknie dojrzał. Przez chwilę zdało mu się, że to Koniuszy. Szczęściem owa mara moment jeno trwała i zaraz precz poszła.

– Co za cholera? – zastanawiał się pułkownik. – Gorzałki od trzech dni do ust nie brałem, a zwidy mam… „Husaria Koronna”… W życiu już tego pił nie będę – obiecywał sobie.
Ledwie odetchnął, a błysnęło raz jeszcze i znów czyjejś oblicze w drugim oknie wypatrzył. Tym razem nie był to Koniuszy, ale niewiasta jakaś, która po chwili zniknęła.

– Ki grom? – przeżywał Dudek.      
Nagle ktoś zapukał, nie czekając na odpowiedź, skrzypiące wrota otwarł i wszedł do środka, ciągnąc za  sobą srokatą szkapę. W świetle kolejnego błysku ujrzeli kobietę. Może nie była ona piękna, można nawet ładna nie była, ale za to sakramencko zgrabna.
Pan Studziński nie wahając ni chwili, skoczył ku przybyszowi, znak krzyża uczynił i przemówił z powagą egzorcysty – idź precz strzygo! Idź precz, powiadam! Zgiń! Przepadnij!
– Rycerze, błagam, nie wypędzajcie mnie… Ja od Korzkwii waszym śladem jadę…
– Coś ty za jedna? Gadaj, bo w łeb! – zawołał zupełnie zaskoczony pan Zbigniew.
– Tylko nie bijcie, jam niewinna, ja nie na przeszpiegi…
– Gadaj jak na spowiedzi, bo inaczej w łeb! – z pasją inkwizytora grzmiał Studziński.
– Kiedy wyznać się trochę wstydzę…
– No, to w łeb!
– Nie! To ja już powiem… Ja za panem Dudkiem tak jadę.
– Za panem Dudkiem?! – przemówił zaszokowany pułkownik. – No, mówże wreszcie, coś ty za jedna?...
– Ja… Ja Koniuszego siostrą jestem… Po ścianach do mnie szedłeś, uwieść mnie chciałeś...  Z mego powodu żywym ogniem cię palono… Chcę ci krzywdy wynagrodzić. Dam ci wszystko, czego tylko zapragniesz. Wszystko…

Koniec tomu III