STRONA GŁÓWNA | WITAMY | KONIE MAŁOPOLSKIE | PSY | KRESOWE KLIMATY | OFERTA STADNINY
GALERIA FOTO |  KRESOWY ZAGOŃCZYK DONOSI |  OGNIEM I MIECHEM                                                                                          
Ogniem i Miechem


Jako, że od naszego kowala, Jacka Styrny, dociera do nas wiele arcyciekawych zdjęć, postanowiliśmy złożyć z nich ilustrowaną historyjkę, inspirowaną "Trylogią" H.Sienkiewicza. Podkreślając fakt, iż główną rolę zawsze odgrywa kowal, dzieło szumnie zatytułowaliśmy "Ogniem i Miechem".





Zapraszamy na II odcinek IV tomu ilustrowanej powiastki pt. "Ogniem i Miechem."

Winieta – Rafał Walendowski (www.rafalwalendowski.com)
Zdjęcia – Artur Pol.
Cyfrowa obróbka fotograficzna – Studio POLART – Artur Pol.
Scenariusz – Babka Onegdajka.
Reżyseria – Kresowy Zagończyk, II Reżyser – Artur Pol.

Długo jechali w zupełnym milczeniu, bowiem Dudka męczył okrutny kac pospolity, Studzińskiego zaś dużo straszniejszy kac moralny.
– Darła się ta zmora w niebogłosy – ni z tego, ni z owego zaczął pułkownik Dudek, który po przekroczeniu Sanu wyraźnie lepiej się poczuł.
– Jaka zmora? – szorstko zapytał pan Zbigniew.
– Ta, którą żeś w nocy dusił, ta sakramencko zgrabna… Co waść jej uczynił, że towarzystwo nasze porzuciła tak nagle?
Studziński groźnie spojrzał na Dudka, aż ten w kłębek się zwinął. Znów nastała dłuższa chwila milczenia i dopiero, gdy wiatr zachodni bicie dzwonów klasztornych z Leżajska przyniósł, pan Zbigniew przemówił.
– Ryngraf mnie uratował…
– O Koniuszego siostrze mówisz?
– Żadna to Koniuszego siostra. Ta baba strzygą była!!! – z obrzydzeniem wyznał Studziński.
– Chyba cię waszmość „Husaria” jeszcze trzyma – szybko zdiagnozował Dudek.
– Widzisz tę dziurę w kolczudze?
– Widzę… Mówiłeś, panie Zbigniewie, że ją kula turecka zrobiła.
– Tę po tureckiej kuli na ramieniu noszę, a ta na piersi jest przecież!

– Może i tak, ale co z tego? Strzyga ci ją pazurem wydrapała? – kpił Dudek. – Z daleka widać, że zardzewiała. Stara jak świat być musi.
– Ha, pewnie, że zardzewiała. A jaka ma być?... Skoczyła na mnie ta jędza, goła do mnie przylgnęła, ale wtedy ryngraf parzyć ją począł… Wrzask był okropny. Nagle w sowę się zmieniła i pewnie, bez żadnej szkody, precz by uszła, ale szponów z kolczugi wyjąć nie mogła…  Szamotała się jak wściekła i, imaginuj sobie waszmość,  zesrała mi się na zbroję! Jakem w dziób strzelił, to zaraz się odczepiła i hyc przez komin.
– A koń też kominem uszedł? – dalej drwił z niego pułkownik.
– Koń wrotami wybiegł, ale nim to uczynił, na ptasią modłę się zesrał!!! 
– Czyli mówisz, waszmość, że łajno strzygi dziurę w kolczudze ci wyżarło?
– Nie dworuj sobie ze mnie, bo gdyby nie ja, byłbyś teraz Dudkiem bez dudki. Cały atak na siebie wszak wziąłem.
– Gdyby nie ty?... A kto mi dziewkę narajał? Komu tańcować z gołą babą się chciało? – słusznie protestował pułkownik.
– Cicho!… – rzekł Studziński
– Co cicho? Co cicho?
– Cicho!, mówię. Jakaś jazda ku nam zmierza.
Ledwie zdążyli zjechać z duktu i schować się w lesie, a z naprzeciwka wyłoniła się spora grupa jeźdźców. Nie szli szykiem, jak to czyniło wojsko, ale lecieli całkiem bezładnie, rzekłbyś dziko. Po oporządzeniu znać było wyraźnie, że to kupa swawolna las przemierza. Przodem, na porządnym dzianecie, herszt  jechał, zaś tuż za nim, na równie zacnym koniu, jakaś niewiasta w obcisłych portkach. 

Z daleka trudno rozeznać było czy jest ładna, ale ponad wszelką wątpliwość należała do sakramencko zgrabnych.



Koniec części II tomu IV