STRONA GŁÓWNA | WITAMY | KONIE MAŁOPOLSKIE | PSY | KRESOWE KLIMATY | OFERTA STADNINY
GALERIA FOTO |  KRESOWY ZAGOŃCZYK DONOSI |  OGNIEM I MIECHEM                                                                                          
Ogniem i Miechem


Jako, że od naszego kowala, Jacka Styrny, dociera do nas wiele arcyciekawych zdjęć, postanowiliśmy złożyć z nich ilustrowaną historyjkę, inspirowaną "Trylogią" H.Sienkiewicza. Podkreślając fakt, iż główną rolę zawsze odgrywa kowal, dzieło szumnie zatytułowaliśmy "Ogniem i Miechem".





Zapraszamy na szósty odcinek ostatniego tomu ilustrowanej powiastki pt."Ogniem i Miechem." Z uwagi na treść oraz ilustracje dzisiejsza odsłona przeznaczona jest wyłącznie dla internautów dorosłych.   

Winieta i grafiki – Rafał Walendowski. (www.rafalwalendowski.com)
Cyfrowa obróbka fotograficzna - Światłomierz Kociak.     
Scenariusz – Babka Onegdajka.
Reżyseria – Kresowy Zagończyk.

Wróciwszy do Łabuń zdał Dudek księciu relację mocno dokładną, ale o wszystkim wiadomo już było, bowiem Koniuszego posłańcy trzy dni wcześniej ze skargą zjechali, gniewne pismo ze sobą przywożąc.
Stare waśnie znowu odżyły, ale książę wcale nie ubolewał z tego powodu, ukradkiem cieszył się nawet, gdyż lubił takie gry międzyludzkie.
Opowieść o leśnych stworach wielkie wywarła na nim wrażenie, dlatego też chętnie przyzwolił na pewną intrygę, w którą pan Dudek wciągnąć  strzygi zamierzał.
Wcześniej mścił się Dudek  na Koniuszym służbowo, zaś teraz zapałał zemstą zupełnie prywatną. Pragnął  słodkiej riposty za bestialskie przypiekanie, ale też słusznej kary za grabież konia. A wiedzieć należy, że uknuł zemstę naprawdę dotkliwą.
– Skoro pewien jesteś, panie pułkowniku, że nawet  lichy koniuszek przy Koniuszym się nie ostanie, zwlekać z tym nie warto – podsumował audiencję książę pan i wysłuchawszy Dudkowych wskazówek, list zgrabny wnet napisał, a umyślny kurier na Śląsk daleki w te pędy go powiózł. 
  
W piśmie pan Roch nowy rozkaz otrzymał i liczne wskazówki, wedle których ściśle miał postępować. Mówiąc oględnie, chodziło o to, by zimową porą w Sandomierskiej Puszczy gadającą sowę w szklane naczynie schwytać i do Łabuń przywieźć .   
–  Jak rozkaz, to rozkaz – pomyślał pan Roch. – Skoro papuga po ludzku gadać może, to sowa tym bardziej powinna, bo za nadzwyczaj mądrą powszechnie uchodzi – wytłumaczył sobie. 

Siedział więc Roch na Śląsku aż do końca stycznia. Pierwszego lutego ruszył ku wschodowi, Kraków szerokim łukiem omijając. Przeszedł przez zamarzniętą Wisłę, a po dniach kilkunastu pod Cmolasem się znalazł i przypadkiem do tej samej szopy trafił, którą Dudek ze Studzińskim takim samym przypadkiem swego czasu znaleźli.
W szopie żywego ducha nie było, ale palenisko jeszcze ciepłym się wydawało. Zdrożony Roch wpierw oporządził konia, później ogień rozniecił, przegryzł co nieco, solidnie wódką popił i legł na kupie słomy, co w rogu obszernej izby leżała, zasypiając natychmiast. A sny miał nad wyraz piękne. Najpierw objawiły mu się gołe baby w konfiguracjach przeróżnych... Później śnił, że jest ogierem, że po łąkach biega, a potem znów jakaś goła baba dręczyć go zaczęła, siadając mu na grzbiecie i międląc stopami sumiaste wąsiska.         
Nagle ocknął się i oto uzmysłowił sobie, że z niewiastą ma do czynienia nie tylko we śnie, ale i na jawie! 

– Poszła precz! – krzyknął pan Roch, zrzucając golutką kobiecinę na polepę i odruchowo kopiąc ją w tyłek. – Kim jesteś, do stu diabłów?
– Za co? Za co? – ubolewała.
– Ty już wiesz za co, franco rosochata. Ja ci tu dam uczciwych katolików brać gwałtem po nocy! – złapał ją za włosy i zaczął smagać nahajem, a lał gdzie popadnie, sił nie żałując, aż dziewczyna ze strachu zamieniła się w sowę. – O, ty mietło kostropata!, ty ptaszyco przebrzydła! A więc to o ciebie tu chodzi!!! – wołał zaskoczony zjawiskiem. – No, pakuj się do słoja, bo zaraz w dziób dostaniesz! – krzyczał w uniesieniu, za łeb ją trzymając. – No, dalej! Śmiało! – powoli wpychał ptaka w gardziel szklanej pułapki.

– Gdzie mi tu srasz na ręce, czarownico zafajdana?!… Parzy jak cholera!  – narzekał Roch, zamykając naczynie. – A niech to wszyscy diabli… – klął pod nosem, bowiem nie tylko dłonie miał poparzone, ale jeszcze gdzie indziej swędzieć go zaczynało okrutnie… – Co to za dziwka z piekła rodem? Pokrzywy w majtkach nosi, czy jakie mrówki się u niej zalęgły? Uff, parzy nie do wytrzymania… Zwariuję chyba...  

Po tym wszystkim, jeszcze całe dwa miesiące pan Roch w odludnej szopie przesiedział, nim pozbierać się zdołał. Choć w końcu doszedł do siebie, nie był to już ten sam Roch… 

 

Koniec części VI tomu IV