STRONA GŁÓWNA | WITAMY | KONIE MAŁOPOLSKIE | PSY | KRESOWE KLIMATY | OFERTA STADNINY
GALERIA FOTO |  KRESOWY ZAGOŃCZYK DONOSI |  OGNIEM I MIECHEM                                                                                          
Ogniem i Miechem


Jako, że od naszego kowala, Jacka Styrny, dociera do nas wiele arcyciekawych zdjęć, postanowiliśmy złożyć z nich ilustrowaną historyjkę, inspirowaną "Trylogią" H.Sienkiewicza. Podkreślając fakt, iż główną rolę zawsze odgrywa kowal, dzieło szumnie zatytułowaliśmy "Ogniem i Miechem".





Zapraszamy na przedostatnie spotkanie z bohaterami "Ogniem i Miechem."

Winieta – Rafał Walendowski. (www.rafalwalendowski.com)
Zdjęcia - Jowita Kiciak - Kociak.
Cyfrowa obróbka fotograficzna - Światłomierz Kociak.     
Scenariusz – Babka Onegdajka.
Reżyseria – Kresowy Zagończyk.

Minęła jesień, a po niej szybko nadeszła zima. Mroźna była i mocno śnieżna. Książę co rusz podjazdy słał w stronę Sanu, ale żadnych wieści o Rochu nie było.
Dudek często ze swą chorągwią do Tarnogrodu zaglądał, by od znajomego karczmarza jakieś nowiny usłyszeć, ale tylko tego dowiedzieć się zdołał, że w lutym herszt największej bandy, co po okolicznych lasach postrach siała, powiesił się nagle, a wszyscy jego ludzie chyłkiem na Sicz zbiegli. Powszechnie mówiono, że winna temu była Spardziocha. Ta wieść pozbawiła Dudka wszelkiej nadziei na sukces misternie zaplanowanej intrygi, gdyż dobitnie świadczyła o tym, że ta niecna strzyga wciąż cieszy się wolnością i nadal uprawia swój niecny proceder.

Była połowa marca, a zima trzymała w najlepsze. Pułkownik Dudek siedział sobie przy kominku, popijał grzany miód, rozmyślając to o niewiastach, to o koniach. A smętny był jakiś, że żal patrzeć na niego było. 
–  Druhu żołnierzu! Druhu żołnierzu! – po korytarzach książęcego pałacu rozległo się gromkie wołanie, poczym Dudek usłyszał kroki głośne. Jako znamienity zagończyk, wnet po dźwiękach rozpoznał, że owe kroki stawia rosły mężczyzna stanu szlacheckiego, ongiś raniony w lewą nogę, brodaty, noszący buty z łosiowej skóry. Nie mógł to być nikt inny, tylko pan Styrna.
I nie mylił się pułkownik, gdyż po kilku chwilach, bez żadnego pukania, rozwarły się drzwi, a w nich stanął pan Jacek w rozkroku. Widok czynił przedziwny, gdyż  w ręku trzymał, ogólnie rzecz ujmując, ptaka…

– Masz tu swoją Spardziochę, tylko prędko pakuj ją do słoja, bo poparzyć może – rzekł pan Styrna.
Dudek delikatnie pochwycił ptaka, jakby niemowlę brał na ręce.
– Ech, Spardziocha… – wyszeptał, przytulając sowę. – No, to teraz sobie pohulamy... Ale tak będziesz tańczyła, jak my ci grać będziemy.
Sowa słysząc te słowa, wnet kleksa puściła, jednak znać było po niej, że uczyniła to ze strachu, nie zaś z fantazji. Szczęściem w podłogę jeno trafiła, dziurę wypalając natychmiast.   
– Skąd ją masz? – spytał Dudek, pośpiesznie chowając ptaszysko do słoja.
– Gdy waszmość spod Tarnogrodu wrócił, książę mnie w podjazd wysłał, nakazując San przekroczyć. Ledwo to uczyniłem, a natknąłem się na Rocha. W fatalnym był stanie… Melancholia go jakaś dopadła. Widząc, że książęcą chorągwią dowodzę, słój mi  bez obaw przekazał i prosił, bym jaśnie panu Trycyckiemu oznajmił, że służyć mu dalej nie może, bo jego miejsce na Siczy jest teraz.
– Poświęcił się dla księcia, czy to tylko wypadek przy pracy? – głośno zastanawiał się pułkownik. –  Nieważne, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem… Panie Jacku, wyślij ludzi do Krasnobrodu, niech tu brata Skiczuka prędko sprowadzą.
Zrozumiawszy powagę sytuacji, sowa takiego kleksa puściła, że aż słój zaparował.  

 

Koniec części VII tomu IV