STRONA GŁÓWNA | WITAMY | KONIE MAŁOPOLSKIE | PSY | KRESOWE KLIMATY | OFERTA STADNINY
GALERIA FOTO |  KRESOWY ZAGOŃCZYK DONOSI |  OGNIEM I MIECHEM                                                                                          
Ogniem i Miechem


Jako, że od naszego kowala, Jacka Styrny, dociera do nas wiele arcyciekawych zdjęć, postanowiliśmy złożyć z nich ilustrowaną historyjkę, inspirowaną "Trylogią" H.Sienkiewicza. Podkreślając fakt, iż główną rolę zawsze odgrywa kowal, dzieło szumnie zatytułowaliśmy "Ogniem i Miechem".





Zapraszamy na ostatni odcinek "Ogniem i Miechem."

Winieta oraz grafiki – Rafał Walendowski. (www.rafalwalendowski.com)
Zdjęcia - pierwowzór: Artur Pol, aranżacja: Jowita Kiciak - Kociak 
Cyfrowa obróbka fotograficzna - Światłomierz Kociak.     
Scenariusz – Babka Onegdajka.
Reżyseria – Kresowy Zagończyk.


Brat Skiczuk sprawnie dusze rozdzielił, a wówczas każda w innym ciele znalazła mieszkanie. Jedna w uwięzionej sowie została, druga zaś przyoblekła się ciałem niewiasty, może niezbyt pięknej, ale za to sakramencko zgrabnej. Słój z sową natychmiast zaniesiono do zamkowej kaplicy, zabezpieczając wedle wskazówek brata Skiczuka, kobietę zaś wzięto w obroty.
– Słuchaj strzygo nieczysta, jak chcesz żyć, to musisz zrobić coś dla mnie – bez zbędnych ceregieli ozwał się Dudek.
– Chodzi o sprawy łóżkowe? – zalotnie zapytała Spardziocha.
– W rzeczy samej – potwierdził pułkownik.
– No, to ciach… – rzekłszy to, zrzuciła z siebie prześcieradło i zakołysała biodrami. – Co mam uczynić? Znam takie sztuczki, że…
– Koniuszego uwiedziesz… – ozwał się Dudek, biorąc oddech głęboki. – I nie lataj mi tu nago – dodał.  
– A ładny on? – dociekała strzyga, wyzywająco schylając się po prześcieradło.
– Ładny, ładny…
– A jurny choć?
– Sakramencko jurny.
– A duży czy mały?
– Mocno duży. 
– To dobrze... Lubię takich – podsumowała Spardziocha, przewracając ślepiami.

Aby na wszystko mieć baczenie i pewność, że misja się powiodła, pułkownik Dudek ruszył w podróż razem ze strzygą.

W okolicach Korzkwii dokonali razem małego rekonesansu i wspólnie obmyślili bardzo sprytny plan działania.

Wkrótce przed oblicze pana Koniuszego żołnierze przyprowadzili znalezioną w lesie szlachciankę. Może nie była nadzwyczajnej urody, ale figurę miała naprawdę nielichą. Niewiasta oznajmiła, że jacyś opryszkowie powóz jej napadli i że ona jedna z pogromu ocalała, w las uciekając, porzuciwszy pierwej wszystkie kosztowności. Powiadała, że daleką jest kuzynką samego księcia Trycyckiego, który za opiekę na pewno się odwdzięczy, bo to człek wielce rodzinny. 
– Że z rodziny księcia Trycyckiego jestem, łatwo po mym biuście poznać możesz, który, jak sam waszmość widzisz, do bardzo dorodnych należy. Rzekłbyś, miłościwy panie, że nie dwa, ale aż trzy tłuściutkie gołąbki tam siedzą…  Wszak moja babka, od strony matki, Trycycka z domu była – szczebiotała niewiasta, przewracając oczami i łapiąc się za biust.   
Koniuszy miłował gołębie nad podziw, a że jego ślubna od wielu tygodni w Krakowie bawiła, przeto te cudze gołąbki zaczarowały go natychmiast. Rozum dla nich stracił i ledwie noc nadeszła, tajemnym przejściem zakradł się do komnaty, którą rzeczonej szlachciance z premedytacją był przydzielił. Został tam obdarowany tak szczodrze, jak tylko można...

Bladym świtem, schowany w krzakach, pułkownik Dudek spostrzegł jakiś tumult przy zamkowej bramie, poczym ujrzał jeźdźca, który, jakoby z procy wystrzelony, szalonym cwałem na krętą drogę wypadł. Zrazu poznał, że to sam gospodarz, poznał także konia swego. Pobiegł tedy na skróty, przyczaił się na skale, a gdy przelatywał Koniuszy, skoczył na niego niczym tygrys i z siodła zwalił.
Obalony jeździec obłęd miał w oczach. Przemówić coś pragnął, charczał, mamrotał, ale wyraźnie znać było, że języka w gębie nie ma, jeno strzępek jakiś. Łapał się za krocze, to oburącz za głowę, w kucki siadał, tarzał się wreszcie i łkał.

Pułkownik Dudek nie zwlekając ni chwili, wskoczył na swego konia i pognał przed siebie. – Zemsta się dokonała – pomyślał.  – Ale co ze Spardziochą ?!... A, jechał ją sęk! Złego licho nie bierze. Da sobie radę.
Z obawy przed pogonią, poniechał głównego traktu. Przeznaczenie znów go powiodło ku ciemnej otchłani Puszczy Sandomierskiej, ku niedawno przemierzanym duktom, ku osobliwej szopie pod Cmolasem. Historia zatoczyła koło, gdyż ponownie przyszło mu w szopie burzę przeżywać i zwidów doświadczać rozmaitych. Oto w świetle błyskawicy ujrzał twarz znajomą…  

Mara moment jeno trwała, ale tym razem nikt nie zapukał, tylko deszcz szumiał i gromy dudniły.
– Ech, Spardziocha, Spardziocha… – rzekł sam do siebie.
– Ech, Dudek, Dudek… – usłyszał w odpowiedzi.
– Spardziocha?! – zawołał ze strachu i począł rozglądać się po szopie. – Spardziocha, to ty? – zapytał ponownie.
– Pałka, zapałka, dwa kije… – rozległ się głos w ciemności, brzmiąc wszędzie i nigdzie. 

 

KONIEC