STRONA GŁÓWNA | WITAMY | KONIE MAŁOPOLSKIE | PSY | KRESOWE KLIMATY | OFERTA STADNINY
HODOWLANE PRELUDIUM-SZNAUCERY STAJENNE | SZNAUCERY ŚREDNIE CZARNE          
Hodowlane preludium-sznaucery stajenne

Sznaucery średnie to potomkowie dawnych psów stajennych z terenu południowych Niemiec. Używane były przez wszystkich, którym konie służyły do codziennej pracy. Za dnia towarzyszyły wędrującym zaprzęgom oraz jeźdźcom, nocą zaś pilnowały stajni i z wielką pasją tępiły gryzonie.

Tak to zazwyczaj bywa, że niemal każdy koniarz jest także psiarzem, i to psiarzem dość osobliwym, bo postrzegającym psy głównie poprzez pryzmat ich relacji z końmi. A relacje te wydobywają z psiej natury wiele wspaniałych zachowań i ukrytych cech rasowych, które na ogół nie objawiają się w innych warunkach.

Gdy zaczynałem hodowlę koni, miałem dobermankę o imieniu Aksa. Była nadzwyczaj wierną przyjaciółką i wspaniałą towarzyszką pieszych wypraw, ale z końmi dogadać się nie umiała. Widać nie miała tego we krwi. Traktowała klacze jak rywalki. Tolerowała to, że krzątałem się przy nich, że je czyściłem, siodłałem, ale gdy przyszło mi wreszcie usiąść w kulbace, tego już zdzierżyć nie potrafiła. Była o konia po prostu zazdrosna, jakby zła na mnie, że na jakiegoś "wierzchowego psa" wsiadam, że dla niego ją porzucam. Skakała koniowi do pyska, dopadała do jego nóg, a ten tańczył ze mną rozwścieczony i stawał dęba.

Po odejściu Aksy pozostał ból i pustka, którą po pewnym czasie postanowiłem wypełnić, pozyskując nowego psiego przyjaciela. Jako ojciec trójki małych dzieciaków, a zrazem hodowca sporej gromadki koni, potrzebowałem psa, który kocha dzieci i lubi konie. Ponadto miał to być pies, który nawet w trudnych warunkach potrafi dotrzymać koniowi kroku, a więc niezbyt mały, a do tego odporny, bo pogoda do konnej jazdy dzieli się tylko na dobrą i bardzo dobrą. Nowy przyjaciel nie mógł też być psem zbyt wielkim, gdyż z racji licznej rodziny, miejsca w samochodzie było mało, a podróżowaliśmy dużo i przeważnie w komplecie. To jeszcze nie koniec naszych wymagań. Nasz przyszły pies musiał reprezentować rasę, której przedstawiciele mało chorują i dożywają słusznego wieku, tak abyśmy mogli cieszyć się nim jak najdłużej. No, i najważniejsze, musiał się nam po prostu podobać. Niemal natychmiast wybór padł na sznaucery, a konkretnie na średniaki, gdyż przeczytaliśmy o ich stajennym pochodzeniu i wielkiej mądrości.

Rasowy, znaczy rodowodowy - takie motto przyświecało moim poczynaniom. Wreszcie znalazłem odpowiednią suczkę. Wprawdzie trzeba było po nią jechać na drugi koniec Polski, ale w poszukiwaniu prawdziwego przyjaciela warto wędrować nawet na koniec świata.

Suczka zwała się Emma "Czarne Ślepia Alfiny". Była maści pieprz i sól, bardzo żeńska i inteligentna, a ruchu w kłusie mógł jej pozazdrościć nie jeden sportowy koń, a nawet pokazowy arab. Jako córka słynnego Basko "Dor-Hal" niosła w sobie bardzo cenne prądy krwi.

Jej pierwsze spotkanie z końmi potwierdziło trafność naszego wyboru. Suka potraktowała stado jako coś nad wyraz naturalnego. Konie zareagowały zupełnie podobnie. Gdy nieco dorosła, nauczyła się uwijać pomiędzy końskimi nogami, a instynkt bezbłędnie podpowiadał jej kiedy i jak interweniować. Pomagała więc przy zapędzaniu koni do stajni, pobudzała je do ruchu podczas prezentacji stada przybyłym gościom. Uwielbiała ganiać za końmi, ale nigdy nie robiła tego bezmyślnie i na oślep. Pracowała niczym pasterski pies, który doskonale wie, o co w tym fachu chodzi. Konie na pozór złościły się, ale wzajemne gonitwy były jedną wielką zabawą. Bywało, że w zamieszaniu pies fiknął koziołka, ale koń wówczas skakał ponad nim, starając się krzywdy żadnej mu nie uczynić. Raz jednak zdarzyło się, że młody niedoświadczony życiem źrebak źle skok wymierzył i spadł kopytem wprost psu na łapę. Przygoda zakończyła się u lekarza. Narkoza, nastawianie kości i gips. Nazajutrz, pomimo doznanego urazu, Emma wymknęła się z domu i kulawa pognała na okólnik pełen koni. Z łapą w gipsie biegała po głębokim śniegu, kontynuując przerwaną poprzedniego dnia zabawę!

Nasza sznaucerka okazała się psem, który doskonale potrafi pogodzić tryb życia stajennego z karierą wystawową. Jej silna psychika sprawiała, że wystawowym zgiełkiem nie przejmowała się wcale. Przygotowaniami do wystaw zresztą także. Zdarzało się, że tuż po kąpieli cichutko wymykała się z domu i gnała ku pastwiskom, by wytarzać się w końskim łajnie, czy resztkach zająca zostawionych przez ucztującego jastrzębia. Jednak z wystaw wracała zawsze z medalem, a ukoronowaniem jej kariery był dyplom Wystawowego Championa Polski.

Emma wydała na świat trzy mioty. Wszystkie szczenięta wychowały się w stajennym boksie, pozostając w bardzo dobrym zdrowiu i kondycji. Niektóre z nich pokazywały się później na wystawach, zdobywając medale i uzyskując tytuły championów. Jeden z psów zamieszkał w stajni na stałe, po dziś dzień pełniąc rolę strażnika. Jest nim Czekan "Z Kresowej Stajni". Jego dom to obszerna buda na stajennym korytarzu, ale najczęściej śpi ów strażnik na stercie słomy, sięgającej stropu, skąd ma baczenie na wszystkie konie. Niekiedy zwija się w kłębek i pogrąża w sianie zadanym koniom, a one skubią sobie w najlepsze, nie zważając na kosmatego druha, który czasem całkowicie niknie przysypany źdźbłami. Choć Czekan ma ruchu pod dostatkiem, bo codziennie obchodzi ze mną rozległe połacie pastwisk i łąk, jego wytęsknionym zajęciem jest wyprawa u boku konia. Gdy ujrzy mnie z siodłem w ręku, zaczyna kwilić błagalnie i cierpliwie czeka aż zakończę siodłanie. W terenie pilnuje się blisko wierzchowca i doskonale dotrzymuje mu kroku, nawet podczas 20-kilometrowych wypraw. Zimą wizerunek mojego Czekana w niczym nie przypomina sznaucerów znanych z pocztówkowych portretów i wystawowych folderów. Celowo go nie strzyżemy, a on zmienia się wtedy, jak to zwykłem mawiać, w sznaucera śnieżnego, upodabniając się do brodatego lirnika z ukraińskiej bajki, czy też jakiegoś dzikiego pustelnika. Ale trzeba przyznać, że wspaniale sobie wówczas radzi z tęgimi kresowymi mrozami, zarówno w stajni jak i u boku konia.

Pomimo posiadania zacnego rodowodu ów pies nigdy nie zaistniał na wystawach, ale takiego życia pośród koni pozazdrościć mu może niejeden kanapowy sznaucer, a przekonany jestem, że w każdym średniaku drzemie stajenny instynkt. Nie zawsze warto go budzić, bowiem nie wszyscy mają ku temu warunki, ale ja ogromnie się cieszę, że mogłem to zrobić i sprawić swoim sznaucerem pełnię szczęścia.

Artykuł Krzysztofa Kordalskiego opublikowany w nr.1/2009 miesięcznika Przyjaciel Pies.